środa, 9 kwietnia 2014

GOREFIKACJE II TOM I - RECENZJA

Przyznam skrycie, że jestem fanem Tomasza Czarnego. Być może największym. Śledzenie poczynań owego jegomościa sprawia mi iście masochistyczną przyjemność. Regularnie zapełnia on swój fanpage na Facebooku postami, na które każdy zdrowo myślący człowiek może zareagować tylko na trzy sposoby: śmiechem, niedowierzaniem lub załamaniem. Żebranie o lajki, codzienne niemalże dzielenie się dumą z napisania kolejnej strony opowiadania, wreszcie udostępnianie pękatej kolekcji zdjęć pań w różnym stopniu negliżu – to daje nam już jakiś obraz tego, z kim mamy do czynienia. Sam jednak fakt, iż Czarny jest, mówiąc delikatnie, średnio sympatyczną postacią, byłbym skłonny mu wybaczyć. Artyści to często buce albo zwyczajne gnidy, jednak czytelnik jest gotów zapomnieć niemal wszystko, jeśli spod ich ręki wyjdzie coś naprawdę dobrego.
Jak już pewnie się domyślacie, Tomasz Czarny nie należy do tego ostatniego rodzaju twórców.
O ile dobrze się orientuję, zdołałem zapoznać się ze wszystkimi tekstami jego autorstwa, poza tymi, za dostęp do których trzeba zapłacić. Jego dzieła z grubsza można podzielić na dwie kategorie: koszmarnie zapominalne i niezapominalnie koszmarne. Jednocześnie mówienie o jakichkolwiek kategoriach w kontekście Czarnego to i tak nadużycie. Tak naprawdę wszystkie jego opowiadania można streścić jednym schematem: złe kukły robią krzywdę innym kukłom. Przykłady? Proszę bardzo:
- „Potrzeby”: Mężczyzna utyka na odludziu, gdy psuje się jego samochód. Szczęśliwie trafia on na przybytek o nazwie Beze pub (???), którego właściciel oferuje mu pomoc. Córki gospodarza zaczynają bezwstydnie uwodzić gościa, po czym zapraszają go do spółkowania. Okazuje się, że właściciel to sam Belzebub – stąd nazwa pubu (??????) - a mężczyzna zostaje przez niego wykorzystany do krwawego rytuału. Koniec.
- ”Świątynia”: Mężczyzna zabiera kobietę do motelu, zabija ją i brutalnie wybebesza, po czym wpuszcza w jej ciało węża. Trójka policjantów robi oględziny zwłok. Koniec.
- ”Deser”: Stały klient odwiedza prostytutkę, u której zamówił lody z odchodów. Kobieta mówi mu, że ich „autorką” jest jej siostrzenica, ale okazuje się, że tak naprawdę wydalił je z siebie pies. Koniec.
Opowiadania Czarnego są zawsze śmieszne krótkie, zamieszkane przez postaci płaskie jak deska do prasowania, i oparte wyłącznie na szoku, przemocy i seksie. Najwyraźniej tyle wystarczy, by tworzyć horror ekstremalny, gatunek, który Czarny sobie obrał i wiernie się jego trzyma (jeśli nie liczyć małego wyskoku w postaci opowiadania „Brzytwa”, gdzie pisarz przedstawia opowieść o niedoszłym samobójstwie na poziomie emowatych wypocin czternastolatka). W pewnym momencie nasz autor postanowił jednak, że pisanie kulejących warsztatowo historyjek i publikowanie ich na portalach grozy to za mało. W ten sposób narodził się zdumiewający projekt o nie mniej zdumiewającej nazwie – Gorefikacje. Była to darmowa antologia w formie e-booka, w której Czarny zebrał opowiadania polskich autorów grozy utrzymane w stylistyce gore.
Paskudnie narysowana, śmierdząca najtańszą amatorszczyzną okładka nie zapowiadała nic dobrego, i faktycznie – to dzięki Gorefikacjom zapoznałem się po raz pierwszy z wieloma autorami, których mierność rok później nie przestaje mnie przerażać. Poza tym oparcie całego zbioru na stylistyce, z której raczej trudno zrobić punkt wyjścia do ciekawej historii, odniosło dokładnie taki skutek, jakiego można było się spodziewać. Jednocześnie kilka tekstów mogłem ze spokojem uznać za naprawdę niezłe, choć paradoksalnie były to te, które ekstremalną przemoc dawkowały umiarkowanie. Opowiadania Dawida Kaina, Grzegorza Gajka i Pawła Waśkiewicza, a także niewprawnie napisane, ale mające świetny pomysł wyjściowy „Jajko niespodzianka” Tomasza Siwca, ratowały całość od zupełnej porażki. Reszta tekstów była taka sobie albo zwyczajnie słaba.
Mimo to Czarny złapał wiatr w żagle i niespełna rok później pojawiły się Gorefikacje II. Mało tego – Gorefikacje II Tom I. I już mamy pierwszą wątpliwość – po co podział na tomy, skoro pierwszy z nich jest tej samej grubości, co GI? Czy nie logiczniej byłoby zrobić Gorefikacje II i III, zamiast pokracznie brzmiących Gorefikacji II Tom I i Gorefikacji II Tom II? I czemu za każdym kolejnym powtórzeniem słowa „gorefikacje” czuję się odrobinę głupszy?
Odpowiedź na pierwsze pytanie wydaje mi się dość prosta: Tomasz Czarny postanowił pluć swoimi dziełami i projektami maszynowo, ale najwyraźniej doszedł do wniosku, że w sumie nie wypada wypuszczać dwóch pełnych części na przestrzeni, jak zakładam, kilku miesięcy. Dlaczego jednak nie zebrał ich w całość i nie wydał jednego, dużego tomu, który i tak pewnie długością nie dorównywałby choćby niedawnej Zombiefilii? Cóż, dwie przygotowane antologie w autorskim CV wyglądają lepiej niż jedna...
Ostatecznym dowodem twórczej biegunki mojego ulubieńca jest to, że GII miały się ukazać 1 marca - Czarny jednak do tego stopnia ujarał się swoim projektem, że postanowił opublikować go grubo ponad tydzień wcześniej niż obiecywał. Oczywiście całość poszła w sieć z literówką w tytule na stronie i mocno kulejącą korektą – choć to drugie pewnie raczej nie uległoby zmianie, gdyby antologia jeszcze trochę odleżała. Niemniej takie działania zalatują amatorszczyzną, a nie zbiorem aspirującym do miana profesjonalnie wydanego.
No ale dobrze, kończę już czepiać się szczegółów – strasznie się ten wstęp wydłużył i jeszcze ktoś pomyśli, że to nie recenzja, a osobisty atak na Tomasza Czarnego. Bynajmniej. Jego smród może się unosić nad zbiorkiem i nieco pogarszać moje oczekiwania, ale prawda jest taka, że on sam napisał tym razem tylko jedno opowiadanie – cała reszta to efekt pracy innych osób. Ich lista nie nastraja co prawda specjalnym optymizmem – w znakomitej większości powracają twórcy z części pierwszej, a świeża krew to niemal bez wyjątku nazwiska z zagranicy, których albo nie kojarzę, albo mam o nich średnie zdanie. Bardzo dobre wrażenie robi za to tym razem okładka, autorstwa Kornela Kwiecińskiego. Psuje ją niestety tzw. polecajka Johna Eversona, ponieważ jej obecność jest moim skromnym zdaniem niedopuszczalna – nie dość, że jedno z opowiadań jest autorstwa tego pana, to jeszcze na 99% nie przeczytał on tego zbioru, więc zwyczajnie nie ma prawa go polecać. Wiem, czepiam się i czepiam, choć mówiłem, że przestanę. Szkopuł w tym, że naprawdę jest czego.
Całość otwiera krótka przedmowa autorstwa Edwarda Lee, też zresztą obecnego w antologii. Niestety, pseudoakademickie podejście, wyrażenia typu „literacki totalitaryzm” czy wmawianie odbiorcy, że obecność prozy ekstremalnej świadczy o rozwoju sztuki pisarskiej każą mi stwierdzić, że Lee raczej daleko do miana tytana publicystyki.
Dalej mamy podziękowania – i nawet tutaj muszę się na chwilę zatrzymać. Czarny czuje potrzebę podlizania się wszystkim portalom patronującym projektowi, co jest ruchem, delikatnie mówiąc, zbędnym. Co więcej, zamieszcza on „podziękowania specjalne” dla wszystkich czworga autorów zagranicznych, którzy pojawili się w antologii. Aż taka to wielka łaska, że udostępnili oni swoje teksty? Amatorstwo ponownie daje o sobie znać.

I w tym miejscu przechodzimy wreszcie do opowiadań. Pierwszym z nich są „Strzępy skóry” Krzysztofa Maciejewskiego, jedynego polskiego autora, który nie pojawił się w GI. Historia o demonie grasującym po szpitalnym wydziale dermatologicznym niewątpliwie ma potencjał, ale autor kończy króciutką opowieść w momencie, w którym powinien zacząć ją rozkręcać. Językowo jest tu całkiem nieźle, choć nadmiernie poetyckie, a jednocześnie okropnie banalne rozważania rozrzucone po całym opowiadaniu autor mógłby sobie zwyczajnie darować. I mały detal – jeden z pacjentów jest powszechnie nazywany Gollumem, co wypada średnio wiarygodnie, zważywszy na osadzenie akcji w latach dziewięćdziesiątych. Może się mylę, ale wydaje mi się, że znajomość postaci z Tolkiena nie stanowiła wtedy takiej oczywistości jak teraz, gdy wszyscy są już dawno zaznajomieni z ekranizacjami.
Niestety, choć „Strzępy” są ogólnie zupełnie znośne, jako otwarcie antologii sprawiają się średnio. I tutaj doszukuję się ręki Czarnego – najchętniej wrzuciłby on z pewnością siebie samego na pierwszą linię frontu, ale postanowił się opamiętać i z grzeczności zasłonił się Maciejewskim – krótkim, niepozornym, niewybijającym się, szykującym czytelnika na cios poniżej pasa.

I tak właśnie sam Czarny, na miejscu drugim, atakuję nas „Niszą”. Pusty śmiech mnie bierze, gdy czytam w innych recenzjach, że opowiadanie to ma niesamowitą głębię i drugie dno, a przy tym skłania do głębokich refleksji. Mnie niestety naszła tylko jedna: jak można pisać takie dziadostwo? Na kilku ledwie stronach otrzymujemy historię bezimiennej (a jakże) dziewczyny, która zostaje zniewolona przez zwyrodniałych filmowców, każących jej znosić przed kamerą rozmaite obrzydlistwa, jak choćby jedzenie odchodów czy seks ze wszystkim, co autor uznaje za szczyt ohydy: zwierzętami, niepełnosprawnymi umysłowo i – o zgrozo! - karłami (wiadomo, ta sama kategoria). Wszystkie te sceny przeplata dla niepoznaki backstory tak banalne, że aż szkoda poświęcać na nie miejsca. Jedyna „oryginalna” rzecz w całym tekście to to, że nasza pozbawiona przez autora choćby krzty osobowości bohaterka była za młodu molestowana nie przez ojca, a przez matkę.
Opowiadania takie jak to dowodzą, że gore nie powinno być oddzielnym gatunkiem, a co najwyżej jednym z elementów horroru – pobieżne opisanie paru tortur to żadna literatura. I niech tylko ktoś mi spróbuje powiedzieć, że „Nisza” stanowi ponurą refleksję nad ludzką naturą. Całość jest absolutnie odrealniona i pozbawiona choćby najdelikatniej rozrysowanego tła, postaci to pozbawione krzty charakteryzacji, typowe dla twórczości Czarnego kukły, a zakończenie jest tu chyba tylko po to, żeby do seksu dodać trochę rozlewu krwi. Jeśli szukacie mizoginistycznego, płytkiego, a w dodatku kiepsko napisanego szorta – bo pełnoprawnym opowiadaniem się tego nazwać nie da – lepiej trafić nie mogliście. Przy okazji - gratuluję gustu.

Następnie przychodzi kolej na pierwszego gościa z zagranicy - Charlee Jacob. Umieszczenie jej zaraz po Czarnym to dosyć zabawna decyzja – zarówno „Nisza”, jak i „Duchy wilków” są bowiem krótkie i nastawione na ohydę i nic poza tym, ale stylistycznie mamy tu do czynienia z całkowitymi przeciwieństwami. Czarny pisze łopatologicznie, bez żadnej zabawy słowem czy konstrukcją; Jacob ma z kolei wyraźne aspiracje poetyckie. Problem polega na tym, że jest to poezja mocno grafomańska. Przebicie się przez tych parę stron sprawiło mi niespodziewanie wiele wysiłku i mogę się tylko zastanawiać, ile w tym ewentualnej winy tłumacza. Pozwolę sobie zacytować kilka wdzięczniejszych fragmentów:
„Pragnę jedynie głaskać twe ciało i dać się wchłonąć twojej trawestacji.”
„Zamordował ją w końcu, własnymi rękoma rozszarpał bezduszne ciało na kawałki, śniąc o księżycowym świetle barwy rtęci i delirium urzeczywistnionym w galwanicznym ludobójstwie...”
„Warstwy rozdartych trucheł – zanurzanie się w pachnącej rują padlinie, całkowite opróżnianie świeżo zabitych ofiar – sprawiły, że Milo jęczał przez sen, rozgorączkowany od ekstatycznych doznań brutalnego używania sobie.”
Szkoda słów. Życzliwy recenzent mógłby powiedzieć, że mamy tu do czynienia z onirycznym, zagadkowym i naturalistycznym utworem o wilkołakach. Moim zaś skromnym zdaniem tekst Jacob to pseudopoetycki bełkot.

Po tak bolesnym falstarcie zadanie uratowania antologii przypada Markowi Grzywaczowi, będącemu zarazem niefortunnym tłumaczem zagranicznych opowiadań zawartych w zbiorze. Byłem gotów uwierzyć, że mu się uda: autor ten zdążył popełnić kilka wcale niezłych tekstów, a „Stroboskopy” są dziełem niemal równie długim, jak wszystkie trzy poprzednie opowiadania razem wzięte, co może dawać nadzieję na trochę bardziej skomplikowaną, bogatszą fabułę. Niestety, mimo lekkiego pióra – czasem chyba wręcz zbyt lekkiego - Grzywacz najzwyczajniej w świecie przynudza. Niewątpliwie nie służy mu zaburzona chronologia i w sumie niespecjalnie ciekawy pomysł wyjściowy – ot, kolejna opowieść o prześladowaniu zza grobu. Autorowi zdarzają się też bzdurki, które korekta powinna wyłapać („inna faza REM”). Ogółem „Stroboskopy” to tekst przyzwoity, ale kompletnie zapominalny.

Nie można tego z kolei powiedzieć o „Fundacji Hackenholta” autorstwa Łukasza Radeckiego, która stanowi bodaj największe kuriozum zbiorku. Teksty w Gorefikacjach - i pierwszych, i drugich – dzielą się na lżejsze i cięższe, ale wrzucanie między nie śmiertelnie poważnego opowiadania o Holocauście wydaje mi się zwyczajnie niesmaczne. Nie pomaga tu fakt, iż Radecki to, moim zdaniem, twórca cokolwiek skromnego kalibru, a w „Fundacji” objawiają się wszystkie irytujące elementy stale pojawiające się w jego dziełach. Wprowadzenie głównego bohatera następuje poprzez suchą notkę biograficzną, godną raczej rozprawy historycznej niż opowiadania. Monstrualnie rozrośnięte akapity mocno zniechęcają do lektury, a przypisy rozpraszają i każą podejrzewać, że autor bardzo chce się wykazać wiedzą. Szczęśliwie czas akcji nie pozwala Radeckiemu na zawarcie innego stałego punktu swoich utworów – nic niewnoszących i jałowych rozważań na temat stanu współczesnej muzyki popularnej, ewentualnie chwaleniem się przez autora znajomością historii metalu. Te ostatnie godnie zastępują jednak długie fragmenty wyglądające jak wyjątki z podręcznika do historii bądź narracja z „Sensacji XX wieku” - czytanie sobie tego wszystkiego w głowie głosem Bogusława Wołoszańskiego to zresztą jeden z niewielu sposobów na to, by dotrzeć do końca opowiadania. W tekście razi też zatrzęsienie literówek i błędów, niektórych całkiem zabawnych – przykładowo według Radeckiego „Ojcze nasz” to po niemiecku... „Father Unser”.
Nie wątpię oczywiście w szczerość intencji autora – na wszelki wypadek zresztą pompatycznie zadedykował on „Fundację” wszystkim ofiarom „ostatecznego rozwiązania”. Nie zmienia to jednak faktu, że całość wypada banalnie i oklepanie. Na dobrą sprawę to jedna z miliona historii o tzw. dobrym Niemcu – tutaj Kurcie Gersteinie, który zostaje zmuszony do udziału w testowaniu Cyklonu B w obozie w Bełżcu. Muszę przyznać, że opisy bestialstwa są naprawdę przejmujące, prawdopodobnie wręcz najlepsze w całym zbiorze, ale tematyka była już poruszana tyle razy przez lepszych twórców niż Radecki, a ich teksty raczej nie trafiały do zbiorków mających na celu przede wszystkim dostarczenie rozrywki. Może lepiej by było zostawić „Fundację” na zakończenie „Gorefikacji”, mocny finał, przypominający, że w rzeczywistości zdarzały się jeszcze gorsze rzeczy niż te, które wymyślili pozostali autorzy?

Nie dostajemy jednak czasu na taką refleksję – po Radeckim pojawia się Edward Lee z „Dritifilią”. Nie jest to najrozsądniejszy wybór. Lee, jak wiadomo, słynie z jechania po bandzie – tylko dlatego zresztą ktokolwiek zwraca na niego uwagę. Mistrz słowa z niego żaden – już na pierwszej stronie dostajemy sztywny dialog, w którym wyraz „problem” pada o parę razy za dużo. Tłumacz tym razem z kolei wyraźnie odpłynął. Przekład jest po prostu straszny, pełno tu podstawowych błędów, a natężenie literówek oraz zdań i wyrażeń brzmiących skrajnie nie po polsku jest najzwyczajniej w świecie przerażające. Spójrzmy choćby na takie fragmenty (podkreślenia moje):

„Wydawał się nie na miejscu w swoim garniturze Armani, kiedy szedł powoli chodnikiem przed sądem hrabstwa na Third Avenue, tuż obok bezdomnych i narkomanów sunących w swej niedoli prosto do cuchnącego Nigdzie.”
“I pamiętał, co powiedziała mu wcześniej: miałam do czynienia z gorszymi. Słowa przynoszące Barrowsowi pocieszenie, ale… Jak daleko bardziej gorszymi? – nie mógł się nie zastanawiać.”
“Wychowali ciebie kochający i dobrzy rodzice?”
„Nie chciałabym zabrzmieć pretensjonalnie, panie Barrows, ale w leczeniu takich przypadków jak pański jestem prawdopodobnie najlepsza w kraju. Idź teraz do domu.”
I mój osobisty faworyt:

„Nakryła mnie, jak wyjadałem zużyte Kleenexy z kosza na śmieci.”

Drogi tłumaczu: po polsku mówimy na to “chusteczki”. Dobrze, że bohater nie wygrzebywał ich z Hefty baga. W skrócie – całość wygląda jak tłumaczona na kolanie przez totalnego dyletanta.
Ale przekład to jedno. Samo opowiadanie też niespecjalnie się broni. W razie gdyby cytaty nie wystarczyły – dritifilia polega na czerpaniu przyjemności seksualnej z jedzenia flegmy. Dotknięty tą dewiacją bohater spowiada się specjalistce w dziedzinie parafilii. Ich rozmowa składa się z dwóch części: opisu jego chorych działań oraz wyliczanki wymieniającej podobne schorzenia, jaką w odpowiedzi raczy go pani doktor. Potem dostajemy „szokujące” zakończenie i... tyle. Strata czasu. Bonusowe punkty za szanowaną psycholog, która na poważnie traktuje teorie Freuda i test Rorschacha, od dobrych kilku dekad uznawane za zupełnie przestarzałe.

„Umysł mordercy” Sylwii Błach to z kolei jedno z tych opowiadań, w których absolutnie nic nie trzyma się kupy. Oto troje studentów kryminologii – o psychice, która wykluczyłaby ich z kariery w tej dziedzinie pewnie w pierwszym semestrze – bierze udział w tajemniczym eksperymencie. Nasi bohaterowie otrzymują niepowtarzalną okazję, by niczym w „Incepcji” wejść do głowy innej osoby – w tym wypadku... mordercy i gwałciciela. Mają oni w ten sposób odkryć, gdzie znajduje się ciało jego ostatniej ofiary. Warto dodać, że choć nasze trio to Magda, Marek i Jacek, osoby nadzorujące nazywają się Jakub i... Joseph. Żeby było jeszcze śmieszniej, zbrodniarz ów zwie się Joseph Samuel (aha, na łącznie sześć postaci dwie mają tak samo na imię). Co więcej, skazano go na... dekapitację. Mało tego, funkcje życiowe odciętej głowy są sztucznie podtrzymywane. Aha. „W tym momencie o wiele łatwiej było nam wymyślić mechanizmy podtrzymujące głowę przy życiu niż znaleźć sposoby na zapanowanie nad całym organizmem.” Spoko. Gdy kryminolodzy in spe wchodzą do świadomości Samuela, opowiadanie jest już w stanie zapewnić nam tylko serię wykrzyknień rodem z twórczości Guya N. Smitha, obowiązkową dawkę przekleństw i przemocy, oraz coś, co od biedy dałoby się nazwać puentą, gdyby nie była ona tak okropnie nieśmieszna.
Przyznam, że twórczości Błach poza „Gorefikacjami” nie widziałem. Już jednak w pierwszym tomie uderzył mnie jej oczywisty brak jakiegokolwiek talentu. Dość powiedzieć, że jej króciutkie opowiadanie zwało się „Dwa słowa”, chociaż jedyne wyrażenie, do którego mógł się odnosić tytuł, składało się z aż sześciu wyrazów. Tym razem wcale nie jest lepiej – pomysł razi prostotą, wykonanie pozostawia wiele do życzenia, a styl nadal można nazwać kiepskim – w porywach. Słabizna na poziomie wypocin średnio kreatywnego gimnazjalisty.

Paweł Mateja przedstawia nam z kolei kontynuację swojego „Ibidem”, które pojawiło się w pierwszych Gorefikacjach. Tak wtedy, jak i tym razem tekst niestety zupełnie po mnie spłynął. Chaotyczna, nużąca seria przemyśleń dotyczących zapewne natury istnienia wypada z głowy minutę po jej przeczytaniu. Na całe szczęście jest bardzo krótka.

Dawida Kaina cenię za niespotykany w środowisku warsztat, ale w jego stylu – przyznam, bardzo charakterystycznym – jest coś, co mnie irytuje. Chyba chodzi o humorystyczny, luzacki ton, który wydaje mi się być cokolwiek wymuszony i drażniący. Nie inaczej wygląda to w „Palce lizać”. Autor strasznie stara się oddać język małego miasteczka – dzieci wołają „fak”, „o bosze”, „serialnie” (w sensie że „serio”) i wreszcie – proszę zapiąć pasy - „niezłe bulszity pan wciska”; starowinki zapytują „csoo” i wyzywają ludzi od „szatanistów”, a na koniec w jednym zdaniu powołują się na Biblię i wzywają do zagazowywania miejscowych hultajów. Śmieszne? Straszliwie. Pojawia się też spóźnione o jakieś pół dekady nawiązanie do... Krzysztofa Kononowicza.
Fabuła: znany biznesmen szykuje się do otwarcia cukierni w małej miejscowości. Na przedpremierową degustację zaprasza nastolatka o wdzięcznym imieniu Tobiasz, który spędza większość wolnego czasu męcząc z kolegami miejscowego mutanta zwanego Jęzorem. Biznesmen, Tobiasz i Jęzor koniec końców spotykają się w krwawej i obrzydliwej scenie finałowej.
Opowiadanie jest – znowu! - śmiesznie krótkie i sprawia wrażenie pisanego na kolanie. Widzę tutaj dwie możliwości: albo Kain jest jednak twórcą o dość ograniczonym potencjale, albo wiedział, że do Gorefikacji nie ma się co specjalnie wysilać. Jak by nie było – zawód.

Sytuację nieco ratuje „Martwa dziewczyna na poboczu” Johna Eversona. Całość po raz już nie wiem który jest bardzo krótka, a tłumaczenie znowu momentami razi („podróżowałem wypożyczonym samochodem po żwirowanej drodze na środku Bóg-wie-gdzie”; „- Kim jesteś? - Uznaj, że jestem przyjaciółką Diabła”). Na szczęście tym razem porządna historia niemal pozwala przymknąć na nie oko. No, może nie historia sama w sobie – nasz bohater natrafia na to, co obiecuje tytuł, z tym że dziewczyna niezupełnie jest martwa; ma za to ochotę na - a jakże! - seks. Opowiadanie opiera się jednak na tym, co dzieje się potem – owa, khem, przyjaciółka Diabła stawia naszego dzielnego podróżnika przed poważnym dylematem. Czytając, naprawdę czułem trudność sytuacji, z której nie było dobrego wyjścia – a to już o wiele więcej, niż był w stanie osiągnąć którykolwiek inny autor w GII.

Dobrą passę podtrzymuje Tomasz Siwiec ze swoim obłędnie zabawnym „Ureu Hydroxynerum”. Co prawda sporo humoru wynika z powalającej niezgrabności literackiej autora – to trzeba przeczytać, żeby uwierzyć. Krzysztof Rutkiewicz, szanowany biznesmen – historia początków jego kariery pokazuje, że Siwiec raczej nie zostanie rekinem finansjery – właśnie świętuje wielki sukces: otrzymanie propozycji współpracy od „największej sieci handlowej świata” – World Center (!). Niestety, niedługo później okazuje się, że cierpi na zaawansowanego raka mózgu. Jego znajomy, były poseł, proponuje mu alternatywną metodę leczenia – tajemniczą kurację w Tajlandii, która uratowała życie m.in. Kwaśniewskiemu i Lepperowi (!!!). Zdradzać więcej byłoby zbrodnią; powiem tylko, że całość to duchowy następca „Jajka niespodzianki”, jednego z najmocniejszych punktów pierwszych Gorefikacji.
Siwiec zawsze łączy szalone pomysły z niewiarygodnie ubogim warsztatem – tradycja ta zostaje podtrzymana i tutaj. Powiedzmy, że World Center i gościnne występy polityków to tylko wierzchołek góry lodowej. To jednak ten typ tekstu, nad którym załamiemy czasem ręce albo wręcz wybuchniemy śmiechem, ale mimo to brniemy dalej, bo lektura najzwyczajniej w świecie sprawia frajdę. Mimo wszystko „Ureu” to zatem numer jeden całego zbioru.

Kwartet biednie przetłumaczonych tekstów zamykają „Klisze” Ryana Hardinga. Tutaj moim absolutnym faworytem jest wyrażenie „nigdy więcej tych niedbałych sekund”. Czytelnikom proponuję wpisać w wyszukiwarkę „sloppy seconds”, sam zaś wstrzymam się od dalszego komentarza.
Samo opowiadanie jest w miarę znośne, choć jednocześnie trochę zbyt głupie, by można było potraktować je choćby w miarę poważnie. Nasz nastoletni bohater dorabia sobie pracując w salonie fotograficznym. Najbystrzejszy morderca w historii ot, tak, postanawia wywołać u niego zdjęcia kobiet przetrzymywanych w jego piwnicy (akcja dzieje się dawno, dawno temu, a konkretnie w roku 2001). Chłopak postanawia złożyć mu gospodarską wizytę...
Harding zaczyna nieźle, ale opowiadanie zmierza donikąd. Niespecjalnie zaskakujący twist ma miejsce prawie na samym początku, a potem całość traci impet. W dodatku potoczny styl autora nie brzmi najlepiej po polsku, przez co „Klisze” dość szybko zaczynają męczyć. Jednym słowem – zapychacz.

A skoro o zapychaczach mowa – po Hardingu czas na Krzysztofa T. Dąbrowskiego. „Pozory mylą” z pierwszych Gorefikacji i „Sępy” z drugiego numeru śp. Horror Masakry to jedyny kontakt, jaki miałem z twórczością tego pana. Bez chwili zwątpienia mogę jednak stwierdzić, że były to jedne z najgorszych opowiadań, jakie kiedykolwiek czytałem, zwłaszcza to drugie. „Oto ciało moje”, jego wkład w GII, jest tekstem mniej zabawnym, za to bardziej nijakim. Można powiedzieć, że to nieślubne dziecko „Fundacji Hackenholta” i „Niszy” – dostajemy parę stron masowych tortur i mordów przemieszanych z okazjonalnymi rozważaniami natury egzystencjalnej. Całość wyparowuje z głowy parę chwil po lekturze. Ziew.

„Pierdolić to!” Grzegorza Gajka obiecuje rozbudzenie swoim przewdzięcznym tytułem, a autor był jednym z mocniejszych punktów pierwszych Gorefikacji. Niestety, w nowym opowiadaniu okazuje się on być zagorzałym wyznawcą szkoły literackiej, której motto brzmi „Patrzcie jaki jestem śmieszny”. Pożałowania godne dowcipaski i gry słowne znajdują się wszędzie, gdzie autor zdołał je wepchnąć. Przykład? Czemu nie, przy okazji dostaniemy streszczenie historii:
„Kiblowa sprężyna to towar deficytowy, więc konieczna jest wyprawa na skraj miasta, do dużego marketu narzędziowego, którego nazwy nie wymienię, ale możecie ją kojarzyć z ksywką pewnego polskiego…khem…artysty oraz imieniem czarownika Merlina.”
Śmieszne, nie? Ten Gajek to wie, jak rozbawić czytelnika. Takie oto niesamowicie dowcipne, sarkastyczne marudzenie wypełnia parę stron, aż w końcu już w samym sklepie nasz kabareciarz nie wytrzymuje i prowokuje zupełnie niewiarygodną rozróbę przywodzącą na myśl starego, dobrego (?) Postala. I na tym koniec. Po lekturze doszedłem do wniosku, że czas najwyższy faktycznie powiedzieć „pierdolić to!” i wyrzucić Gorefikacje II do kosza (na pulpicie), ale pozostały już tylko dwa ostatnie opowiadania, więc postanowiłem wziąć głęboki oddech i zmusić się do kontynuowania lektury.

Szybko zacząłem żałować swojej decyzji. „Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów” Karola Mitki dotyka poważnego i aktualnego tematu – pedofilii w Kościele. Zagadnienie to wymaga dużej ostrożności i precyzji, unikania jednoznacznych schematów i nadmiernych uproszczeń. Mitka jako pisarz przez duże „P” zdaje sobie z tego sprawę doskonale: otrzymujemy zatem opowieść o spasionym, paskudnym klesze, który namiętnie jara zielsko i żłopie wódę, a dzieciaki stoją w kolejce do jego gabinetu, by mógł je on po kolei pomolestować. Oczywiście czeka go krwawa zemsta ze strony jednego z podopiecznych. Literatura najwyższych lotów.

Ostatnie opowiadanie to „Wodnik” Rafała Kulety, którego „Pornopolis” z pierwszych Gorefikacji stanowiło zabawę słowem tak radykalną, że nawet wśród Towarzystwa Wzajemnej Adoracji, jakim jest polska scena grozy, mało kto był w stanie przyznać, że tekst zdołał przemęczyć. Z początku można pomyśleć, że autor wyraźnie wziął uwagi do siebie: „Wodnik” przez pierwszych kilka stron wydaje się być w porównaniu do poprzednika opowiadaniem wręcz łopatologicznym. Całość zaczyna się sielanką zakochanej pary, wylegującej się na plaży i toczącej dialogi tak czerstwe, że nie jestem w stanie uwierzyć, że to nie parodia. Więcej, całość czyta się jakby opowiadanie było adaptacją jakiegoś horroru Tromy. Kuleta ponownie zaczyna jednak odpływać w swoje potoki słów w chwili, gdy z wody nagle wychodzi... Może oddajmy tu głos autorowi: „pentagrueliczno-gargantuicznie gigantyczny stwór morski”. Potem ma miejsce rzeźnia, którą również pozwolę sobie zacytować, bo niby czemu mam się śmiać w samotności:
„Ciała otwierały się jak pudełka, z których wyskakiwały prawdziwe skarby i niespodzianki: organy, rany, wnętrza do wymiany, krwotoki, ślinotoki, łojotoki, zatoki, krew czerwona i czarna, flaki jak łańcuchy, serpentyny, krepiny, pętle żył, sznury ścięgien, pępowiny, myśli pełne kpiny i rzygowiny.”
Nadal nie jestem przekonany co do założenia stojącego za „łopatologiczną” częścią tekstu, ale styl zaprezentowany powyżej to z pewnością nie parodia – odnoszę wrażenie, że Kuleta chciałby tak pisać cały czas. Doceniam starania autora – jest jasne, że praca nad tekstem była dla niego mile spędzonym czasem. Niestety, jak pokazało „Pornopolis”, taka pisanina to nic więcej, niż literacka masturbacja: sprawia przyjemność tylko samemu onaniście i może jeszcze kilku dewiantom; większość ludzi na jej widok reaguje jednak tylko obrzydzeniem lub konsternacją.

A jaka będzie Wasza reakcja na Gorefikacje II, drodzy czytelnicy? Osobiście proponuję nie sprawdzać. Poza Eversonem i Siwcem, których teksty może nie są dobre, ale przynajmniej w jakiś sposób ciekawe, zbiór nie ma absolutnie nic do zaoferowania. Solidni twórcy się nie popisali, oddając do antologii marniutkie teksty, sprawiające wrażenie napisanych zupełnie na odwal się. Słabsi autorzy dostarczyli zaś kolejną porcję cienizny. Opowiadania niemal bez wyjątku są śmiesznie krótkie, nudne i kiepsko napisane, korekta i redakcja nie istnieją, a tłumacz powinien za swoje wybryki dostać zakaz wykonywania zawodu. Gorefikacje II od całkowitego potępienia ratuje jedynie fakt, że jest to zbiór darmowy, dzięki czemu czytelnik marnuje tylko swój czas, a nie pieniądze. Inaczej sprawa przedstawia się w przypadku dzieła pewnego duetu, o którym opowiem przy następnej okazji...

niedziela, 21 kwietnia 2013

KAMIL JANOWSKI - "PUŁAPKA WYOBRAŹNI"

Drogi czytelniku,
Wielu ludzi pisze. Internet pozwala przedstawić niemal wszelkiego rodzaju wypociny szerszej widowni. W tym strumieniu historii można wyłowić trochę perełek, sporo rzeczy dobrych, mnóstwo przeciętnych i zapominalnych, no i wreszcie ogromne, nieogarnialne wręcz ilości syfu.
Ale to wcale nie wszystko.
Czasem w tej bezkształtnej masie znajdzie się coś... niepojętego. Coś, co wykracza poza znane ludzkiej rasie granice słabości i wkracza na niemal transcendentny poziom.
Tym czymś jest „Pułapka wyobraźni”.
„Pułapka wyobraźni” to zakręcone jak słoik na zimę opowiadanie niejakiego Kamila Janowskiego, zamieszczone w 2009 roku na serwisie Horror Online. Po otrzymaniu paru miażdżących recenzji na forum („W porywach 1,5/10”) zaginęło w mrokach dziejów... Niesłusznie. Wbrew pozorom wcale nie tak łatwo znaleźć opowiadanie, w którym o pomstę do nieba woła praktycznie każde zdanie, każdy kolejny krok rozwoju fabuły, każdy mechanizm narracyjny stosowany przez autora. Końcowy efekt jest tak komiczny, że przeczytanie całości przy jednym posiedzeniu grozi zaśmianiem się na śmierć.
Drogi czytelniku, czuj się ostrzeżony.

Dla cierpliwych najpierw link do tekstu w formie surowej. Pisownia oryginalna, w każdym znaczeniu tego słowa.


No to jedziemy. Tekst właściwy zostaje na czarno, ja przechodzę na rzucającą się w oczy korektorską czerwień.
***

Pułapka wyobraźni

Kamil Janowski
Od autora
Drogi czytelniku, życie obfituje w różne, dziwaczne sytuacje. Chociaż wszystko, co teraz przeczytasz, jest wyłącznie wytworem wyobraźni, Twoim wyłącznie interesem jest, czy w to uwierzysz, czy też nie.

Całość zaczyna się jeszcze względnie niewinnie, acz już na tym etapie możemy zauważyć dwie rzeczy, które okażą się kluczowe. Po pierwsze, narrator zwraca się bezpośrednio do czytelnika – jak się okaże, wychodzi to poza ów nowatorski wstęp odautorski. Po drugie, coś jest nie tak z przecinkami. Na razie tylko odrobinę...

Opowiadanie to w prosty sposób ukazuje jak w sposób „łańcuchowy”można powiązać składnie wielowątkową akcję, nie gubiąc przy tym głównego wątku.

1. Co to jest sposób „łańcuchowy”?
2. Wnioskując po dalszej części tego dzieła, autor chyba próbuje samego siebie przekonać do prawdziwości powyższych słów...

To jest normalne.

… co?

Ja jedynie podaję ci na „srebrnej tacy, intensywny przekaz myślowy” jakim nazwałem to krótkie opowiadanie.

Kamil Janowski, mistrz stawiania zbędnych przecinków, otrzymuje także wyróżnienie w kategorii „Najbardziej losowo umieszczony cudzysłów”. Doceńmy również brawurowe wyrażenie „intensywny przekaz myślowy”. Jak się już za chwilę okaże, bardzo, bardzo intensywny.

Jeżeli zrozumiesz ten zlepek słów, będzie to jedynie oznaczało iż dałeś się złapać w „Pułapkę wyobraźni”. Czy uwierzysz w zawarte na tych stronach słowa?

Będzie ciężko, zważywszy na to, że przed nami totalny odlot. Radzę zapiąć pasy:

Z całej, tej opowieści i wszystkich innych morał jest następujący, -„Wszystko to jest tylko intensywnym przekazem słownym, płynącym z wyobraźni człowieka, który to wymyślił.” –Bądź, co bądź pułapka wyobraźni zadziałała prawidłowo. Jednak czy dałeś się w nią złapać, wiesz tylko Ty. Ja jestem tylko „marionetką w rękach niewidzialnego Boga. Zabawką, która dzia³a poœród pewnego programu. Twoj¹, osobistą sprawą jest czy dasz się wciągnąć w wir niesamowitych wydarzeń. Czy uwierzysz w mój świat, to, co z góry Ci narzucam. Jak w świat z góry ustawiony przez Boga.

Powinienem pewnie podjąć się analizy powyższych zdań, ale... Poddaję się. To dopiero wstęp. Muszę zachować energię na część właściwą, która, na całe szczęście, właśnie się zaczyna. Zobaczmy, co przedstawi nam „marionetka w rękach niewidzialnego Boga”:

Wyobraź sobie, że siedzisz teraz na głębokim, skurzanym fotelu.

Jeśli możesz sobie wyobrazić wyłącznie siedzenie w skórzanym fotelu, pułapka wyobraźni najwyraźniej nie zadziałała prawidłowo.

Twój spokój wydaje się być niczym niezmącony. Zamykasz swe, zmęczone oczy. Twoje, umęczone ciało w końcu odpocznie.

Ależ sielanka. Spokój wydają się mącić wyłącznie te, chore przecinki. Są, naprawdę szalone. Wchodzą w twoją, biedną krew.

Sen nadchodzi po krótkiej chwili.-„ Nadal siedzisz na swym, skurzanym, miękkim fotelu. Ale co się dzieje? Nagle czujesz, że jego stuktura rozchodzi się na dwie strony a ty wpadasz do jego środka. Jak się później okazuje, jest to inny swiat. Świat twojej, chorej na wskroś wyobraźni.

Kiedy „stuktura” fotela rozpada się na dwie strony, czas najwyższy zabrać go do tapicera. Nie dość, że wyjaśni Ci on, drogi czytelniku, jak właściwie o „stukturę” zadbać (a może nawet powiadomi Cię, czym ona właściwie jest), to jeszcze unikniesz wpadnięcia do świata swojej, chorej na wskroś wyobraźni.
Powiedziałbym, że oto właśnie morał całej tej, chorej historii, ale przecież autor już nam go podał -
„Wszystko to jest tylko intensywnym przekazem słownym, płynącym z wyobraźni człowieka, który to wymyślił.”.

Czeluść piekielna ogarnia twoją duszę. Przechodzisz tam niewyobrażalne męki. Nie jest to już męka cielesna lecz duchowa.

Chyba przegapiliśmy część cielesną, ale co tam. Nie dość, że „stuktura” fotela idzie do naprawy, to jeszcze czeluść piekielna ogarnęła twoją duszę. Kto by się w takiej sytuacji przejmował jakimś rozdzierającym bólem.

O wiele większa i bardziej bolesna. Twój Umysł teraz przeżywa męki innych. Tych, wszystkich, którym wyrządziłeś krzywdę.

O, nie! Tylko nie empatia! Tylko nie Umysł wielką literą!

Twój umysł przenika jego miękką strefę.

Nagła zmiana nastroju. Pytaniem pozostaje, czego miękką strefę przenika umysł. Wygląda na to, że Umysłu. A może fotela.

Z ciemności wchodzisz teraźniejsze czasy.

Prezent simpyl i prezent kontinjus?

Znajdujesz się teraz przezroczystej kuli.

Nie ma w niej przyimków. Już w drugim zdaniu z rzędu.

Nie ma ona żadnych otworów, za to rozmiary są wystarczające aby pomieścić twoje ciało. Najdziwniejszy, a może wcale nie, jest fakt iż wisisz bez jakichkolwiek lin.

Najdziwniejszy, a może wcale nie, jest fakt iż cokolwiek jest jeszcze w stanie Cię zdziwić.

Patrzysz wokół siebie. Za jej przezroczystą materią, widzisz jakieś lasy, nic więcej Nie wiesz na jakiej części kuli ziemskiej się znajdujesz. Woda zaś to jakieś wielkie jezioro a może nawet morze.

A może to nie jezioro, tylko ocean. W takim wypadku Kamil Janowski przewidziałby zakończenie Alana Łejka. To każe podejrzewać, że teraźniejsze czasy to tak naprawdę przyszłość! To jest dopiero proza eksperymentalna!

Pomimo iż z góry dostrzegasz całą panoramę, owej okolicy, nie dostrzegasz tam nic prócz lasów. Na każdym niemal centymetrze.

Jak wiemy, w lasach znajdują się często fragmenty, które nie są lasem. Tu jednak mamy las na każdym niemal centymetrze. Poza tym jeszcze przed chwilą częścią panoramy było wielkie jezioro, a może nawet morze – no ale cóż, może morze zajmuje te centymetry, których las nie naruszył.

Nagle z zawrotną prędkością, zaczynasz spadać w dół.

Mogło być gorzej. Spadanie w górę – to dopiero jazda.

Kręcisz się nerwowo, nie pojmując, co się dzieje. Wpadasz do wody, ciężar kuli rozchlapuje ją na boki, burząc przez to jej nienaruszoną wcześniej strukturę.

St(r)uktura wydaje się być słowem-kluczem do rozwiązania zagadki Twojej, chorej wyobraźni. Pojawia się zdecydowanie za często w miejscach, w których autor nie wie, jakiego rzeczownika użyć.

Najważniejszy jest fakt iż pozostało ci jakieś trzydzieści procent powietrza.

W Twojej, chorej wyobraźni wewnątrz kuli wyświetla się wskaźnik pozostałego w niej powietrza. W procentach.

Łapczywie łapiesz kolejne oddechy. Zachłystujesz się nim, tylko po to aby jak najdłużej utrzymać się przy życiu.

Okej. Zachłystując się możesz się udusić jeszcze wcześniej niż jeśli tego nie zrobisz, ale... Sytuacja jest dramatyczna, ciężko o rozsądne decyzje.

Kula opada coraz głębiej, na dno. Widmo niechybnie zbliżającej się śmierci, wisi nad twoją głową. Z sekundy na sekundę, jest ci coraz duszniej. Kulisz swe, chude ciało. Momentalnie zapada ciemność.”- Nagle budzisz się.

To się nazywa szybki rozwój wypadków!

Cieszysz się, że nadal żyjesz, ale czy na pewno to jest ten sam fotel, na którym spałeś?-„ Nie, znajdujesz się teraz krześle elektrycznym.

!!! Tu też nie ma przyimków, więc wiesz, że to się dobrze nie skończy.

Przypięty skórzanymi pasami, nie możesz się nawet poruszyć. Zaciskasz pięści z ogarniającego cię przerażenia. Na twoich rękach zaczynają pojawiać się grube żyły.

Najwyraźniej poddano Cię eksperymentom genetycznym, które powodują mutację naczyń krwionośnych.

Ból, umiejscowiony, na środku twej głowy, pulsuje w rytmie pracy serca.

Podobnie, jak, przecinki.

Czujesz, że miarowo rozchodzi się on na oba płaty czaszki. Strach i napięcie wciąż królujące w umyśle, sprawia, że twoje zwieracze powoli puszczają. Majtki w jednej chwili stają się mokre od nadmiaru moczu.

Ech, a na opakowaniu było napisane, że spokojnie wchłoną pół litra... Poza tym ja osobiście martwiłbym się puszczeniem innego zwieracza, no ale to Twoja, chora wyobraźnia, więc już nic nie mówię.

Łzy również dają znać o swym istnieniu.

„No siema, drogi czytelniku, dawnośmy się nie widzieli”.

Ich duże krople wraz z potęgującym się zapachem potu, ściekają na twe kolana.

Zapach potu ścieka na kolana. Swoją drogą, znajdujesz się w ciekawej pozycji na tym krześle, skoro łzy lecą właśnie tam.

Nagle czyjaś ręka łapie za włącznik prądu. Źrenice w jednej chwili rozszerzają się. Z twoich niemych dotychczas ust wydobywa się ryk, słowo zaś które wypowiadasz brzmi- „nie”.

Nie! Tylko nie rozszerzające się źrenice!

–Ręka powoli opada na dół. Twoje ciało jest teraz wstrząsane tysiącem śmiertelnych wolt.

Za sjp.pl:
Wolta
1. jazda w kółko na ujeżdżanym koniu;
2. zręczny obrót ciała, np. podczas walki

Wyobraź sobie śmiercionośną woltę, pomnóż przez tysiąc i zobrazuj w swojej, chorej wyobraźni. To jest piekło.

Coraz szybciej. Prąd jest tak silny, że pali twą skórę. Wstrząsy sprawiają iż przegryzasz sobie język. Z twoich ust wychlapuje krew. Słyszysz obijający się pomiędzy uszami śmiech. Wyjesz z ogarniającego cię bólu. To już koniec.

Uffff.

Bynajmniej tak ci się wydaje.

Bez komentarza.

”- Budzisz się, znowu na swym fotelu. Chcesz otworzyć oczy, jednak okazuje się to bardzo trudne. Powieki są ciężkie niczym dwa odważniki.

Wnioskuję, że nie są to odważniki ważące tyle, co powieki.

Męczysz się coraz bardziej. Najdziwniejszy w tym, wszystkim jest fakt iż w żaden sposób nie możesz się ruszyć z miejsca.

Coś dużo tych najdziwniejszych w tym, wszystkim (!) faktów.

Palce i oczy są to jedyne części ciała jakimi możesz poruszać. Twoje serce bije coraz szybciej. W twojej głowie przepływają tysiące myśli.-„ Jedną nich jest ta, która mówi ci, że odpływasz w inne realia ziemskiego świata.

No masz. Jeśli jedna z tysięcy myśli używa tak szalonych związków wyrazowych, strach pomyśleć, jak brzmią pozostałe.

Twój oddech jest bardzo szybki. To jest jeden, wielki szok.

Całe to opowiadanie to jeden, wielki szok. Z przecinkiem.

Leżysz w karetce pogotowia. Jedzie ona bardzo szybko. Zemdlałeś, ktoś próbuje ci pomóc, bynajmniej tak ci się zdaje.

Ponownie bez komentarza.

Ktoś do ciebie podchodzi Ma jednak złe zamiary. Twoje oczy widzą wszystko przez grubą warstwę mgły. Widzisz, że bierze do ręki jakieś szczypce.

Kto bierze, wszystko czy mgła?

Nerwowo kręcisz głową. Twoje oczy, zdradzają czychające pod powiekami przerażenie.

To dopiero. Nie dość, że mgła grozi Ci szczypcami, to jeszcze pod powiekami „czycha” na Ciebie przerażenie. Nie ma dokąd uciec!

Kręcisz się na noszach tak bardzo,że spadasz na dół. To jednak nie zniechęca napastnika. Ciężkim butem, na twarzy, zatrzymuje twe ruchy.

Czy napastnik nosi but na twarzy? Możliwe, w końcu jest mgłą. A może zatrzymuje ruchy na Twojej twarzy?

Próbujesz się uwolnić, ale wiesz, że to jest niemożliwe. Z szyderczym uśmiechem na ustach łapie za twoje jelita.

Znalazłeś się w uniwersum Mortal Kombat, gdzie wystarczy trochę mocniej uderzyć kogoś w brzuch, by wyjąć mu jelita.

Ściska je i wyrywa, jedno po drugim.

Strach zapytać, ile ich masz. Nawet w uniwersum Mortal Kombat standardem są dwa.

Ból sprawia, że tracisz przytomność. Twoje wnętrzności pływają we krwi.

Przynajmniej niektóre wyrwał. Może przeżyjesz!

Otwierasz oczy i leżysz teraz na łóżku przypięty skórzanymi pasami bezpieczeństwa. Jesteś umysłowo chory. Zdradzasz oznaki obłąkania. To jest jakiś rodzaj psychozy maniakalnej.

O... kej? Podobno podstawową oznaką obłąkania jest to, że nie zdajesz sobie sprawy z bycia obłąkanym. Skoro potrafisz wystawić sobie diagnozę, to chyba nie jest źle... Nawet jeśli ta diagnoza nie ma sensu. Przynajmniej Twoje wnętrzności już chyba nie pływają we krwi.

Wierzysz w jakiegoś niewidzialnego boga, skoro wszyscy na kuli ziemskiej wiedzą, że aby przeżyć wystarczy zabić kolejnego mieszkańca kuli ziemskiej, którą zamieszkują.

Dobra, może jednak wnętrzności we krwi były lepsze. Bredzisz, delikatnie mówiąc. Nie podejmę się interpretacji, z wariatami trzeba ostrożnie.

Na około twego łóżka stoją teraz lekarze w białych fartuchach. W pomieszczeniu czujesz znieanawidzony przez ciebie zapach lizolu. Kręcisz się nerwowo, chcąc się wydostać. Wszelkie próby spełzają na niczym. Niczym w narkotycznym transie, wypowiadasz następujące słowa.- „Jestem śmieciem ludzkim. Zwykłą szmatą, stworzoną tylko po to aby ktoś mnie dobił.”- Wyjesz, bardzo głośno.

No już, nie przesadzaj! Spokojnie, lekarze są tu po to, żeby Ci po-

Jak każesz tak się też staje. Lekarze spełniają twe żądanie. Wyjmują ze swych kieszeni pistolety kaliber czterdzieści cztery.

...

Każdy strzał jest jak, nie tego nie można chyba z niczym porównać.

Można – jest jak czytanie tego opowiadania zdanie po zdaniu i obserwowanie galopujących przecinków.

Twoje, nagie ciało rozpruwają kolejne kule. Leżysz teraz napełniony ołowiem, na stole w kostnicy.

Napełniony ołowiem. Cóż. Nie martw się, w zakładzie pogrzebowym pozbędą się go i zastąpią płynem balsamującym.

Jeszcze jeden człowiek wypałniający swój obowiązek. Wyjął już wszystkie. Trzydzieści kul, jak trzydzieści dni miesiąca”.

!!!

–Budzisz się ponownie aby zaraz ponownie zasnąć. Nie panujesz nad tym. To jest silniejsze od ciebie.

No, to akurat nic niepokojącego. Osobiście też nie panuję nad tym, kiedy się budzę.

- Leżysz teraz w na łóżku.

A więc to tutaj uciekły zagubione przyimki!

Twoja postać, wcieliła się w tym momencie w postać kobiety. Młodej, dwudziestoletniej blondynki.

Nie dość, że młodej, to jeszcze dwudziestoletniej... Zanosi się na porządny gwałt!

Twój umysł jednak pozostaje na swoim miejscu.

Eeee, czyli gdzie? Na fotelu? W kuli? Na krześle elektrycznym? Na łóżku? W kostnicy?

Leżysz na łóżku, przywiązany sznurami. Twoje ręce nerwowo poruszają się. Do pokoju wchodzi jakiś męszczyzna.

!!!!!!

Zbliża się do ciebie. Zdejmuje z siebie spodnie i bieliznę, obnażając się tym samym.

Spokojnie, może zaraz z powrotem się ubierze, przywdziewając się tym samym.

Nie podoba ci się ten widok. Kładzie swe ciało na tobie. Liże każdy najmniejszy nawet kawałek twego ciała.

Cóż, wyraźnie się chłopakowi nie spieszy.

Wzdrygasz się, ale nic oprócz tego. Nagle zaczyna w ciebie wnikać. Czujesz go w sobie. Odraza opanowuje twe ciało. Krzyczysz aby przestał, ponieważ sprawi ci ból. On jednak cię nie słucha. Ból staje się coraz większy. Plujesz na niego, aby tylko wyrazić to, co do niego czujesz. On jednak się tym nie zraża. Śmieje ci się w twarz, ryczy. Gdy już jego żądze są zaspokojone, odchodzi z nie gasnącym uśmiechem na ustach.

No, to było dosyć szybkie i napisane nieporadnie jak zwykle, ale prawie przejmujące! Czyżby była jeszcze jakaś nadzieja dla umiejętności narracyjnych „marionetki w rękach niewidzialnego Boga”?

Dziwny w tym, wszystkim był fakt iż nie odstręczał go twój widok. A jest on napradę brzydki.

Nie.

Na twej twarzy, znajdują się czrwone krosty, wielkości gałki ocznej. Są bardzo swędzące. Gdy odważasz się aby podrapać jedną z nich, ta pęka, wylewając na zewnątrz białą maź.

Nie ma nadziei.

Czujesz chwilową ulgę. Ale inne krosty również swędzą. Maź, spływa, po ranie, na szyję, tworząc w tym samym następną krostę. To jest straszne.

Owszem.

Drapiesz się po następnych, te pękają. Maź wypływa, przy okazji wypalając twą skórę, niczym kwas solny. Skóra odchodzi płatami od kości.

To wypala się czy odchodzi? Pewnie jedno i drugie.

Wyjesz z ogarniającego twe ciało bólu. Kolejne, nowo powstałe krosty, również swędzą. Drapiesz się, wiedząc, że już niewiele pozostało na tobie wolnego ciała.

Resztę ciała wzięła już w niewolę Twoja, chora wyobraźnia.

Odruchowo drapiesz się po kroście, na prawej piersi. Maź dostaje się do twego serca.”

Pamiętajcie, dzieci, nie drapcie się za mocno jak Was komar ukąsi, bo dodrapiecie się do serca.

- Twoje usta i oczy zamierają w niemym krzyku i tak właśnie umierasz po raz kolejny. Niestety, a może nareszcie, okazuje się iż twoje ciało leży w lodówce kostnicy.

Niestety, a może nareszcie, umarłeś, drogi czytelniku.

Czy to już koniec?

Coś mi mówi, że nie!

–„ Twój dotychczas uśpiony umysł budzi się. Odczuwasz w tym momencie przenikliwe zimno. Ogarnia ono twoje ciało. Nie wiesz po pierwsze w jaki sposób jeszcze żyjesz, a po drugie jak wydostać się z tego koszmarnego pomieszczenia. Kopiesz w drzwi lodówki. Nikt jednak ich nie otwiera. Czujesz, że powoli zamarzasz. Temperatura twego ciała spada do niebezpieczengo stanu. Dwadzieścia stopni. Funkcje życiowe twego ciała ustają.

Ale, jak widać poniżej, zachowujesz świadomość.

” –Gdy już jesteś przekonany niemal, na sto procent o pewności swej śmierci, twoja, chora psychika płata ci kolejnego figla.

Argh! Jestem niemal, na sto procent przekonany o pewności tego, że Twoja, chora psychika po prostu nie zna umiaru.

- „Leżysz teraz w wąskim pudełku. Tam gdzie się znajdujesz, jest bardzo ciemno. Już wiesz, to jest trumna. Jedyne czym możesz jeszcze poruszać, jest to głowa jak również palce rąk i nóg. W środku jest bardzo duszno.

W środku palców jest duszno? Cóż, przynajmniej możesz nimi poruszać.

Twój oddech jest bardzo ciężki, zresztą jak zawsze w takich chwilach.

Jesteś weteranem bywania w trumnie i wiesz, jakie są tego konsekwencje dla Twojego, biednego oddechu.

Nagle czuje, że coś pełza ci po nodze.

Wpełza na Ciebie i zaczyna czuć, że pełza. To nie zwiastuje niczego dobrego!

Posuwa się wolno, ale miarowo do przodu. Również na ręku wyczuwasz, że nie jesteś sam w tym pudełku. Gdy trzeci, nie znany ci osobnik wpełza na twoje, spocone czoło, już wiesz, że są to jakieś robaki. Po szybkości ich poruszania, wnioskujesz iż są niewielkich rozmiarów.

Z kolei po kącie, pod jakim na Ciebie wpełzują, wnioskujesz, iż trumna jest wykonana z drewna bukowego.

Potem następny, na brzuchu, jest ich coraz więcej. Wchodzą ci na twarz. Po kilkunastu sekudach jest ich cały rój. Rój obślizgłych robali, pełzających po twym, nagim ciele.

O, miło, że marionetka w rękach niewidzialnego Boga raczyła sprecyzować. Z dotychczasowego opisu wynikało, że jest to rój pszczół, latających wokół Twoich purpurowych majtek.

Wchodzą wszędzie: do nosa, co w znaczący sposób utrudnia mu swobodne oddychanie.

Nos oddycha za Ciebie, więc masz problem. Na szczęście nos może też oddychać ustami!

Gdy na powrót zaczyna oddychać ustami, tam również się wślizgują.

Szlag. Tyle jeśli chodzi o plan B.

Nie oszczędzają żadnej, najmniejszej nawet szpary. Uszy, tam jest najgorzej, wnikają do nich wświdrowując się. Ból jest niesłychanie wielki.

Ha! Niesłychanie! To dobre, bo mowa o uszach!

Sprawia, że bębenki pękają, wyjewając z siebie pusującą krew. To oznacza gotowość do ataku. Robaki niczym w szaleńczym amoku rzucają się w kierunku krwi.

Wszystkie teraz pełzną w stronę uszu. No, przynajmniej się nie udusisz!

Piją ją, stając się od tego grubsze. Niczym komary, albo muchy.

Albo robaki. Albo Twoja, chora wyobraźnia.

Jest ci coraz trudniej oddychać. Wyjesz z bólu, co sprawia,że twoje, spierzchnięte dotychczas usta pękają. Krew drobną strużką wypływa z ich kancików. Czujesz jak oszalałe robaki, z bardzo dużą szybkościa przesuwają się po swój pokarm. Wgryzają się głębiej w ciało aby tylko wyssać więcej krwi. Ich malutkie, zdawałoby się nic nie znaczące ząbki, niczym tarka zdzierają naskórek i w bardzo powolnym tępie drążą maleńkie dziurki, w poszukiwaniu twojej krwi.

Spokojnie, te ząbki pracują w bardzo powolnym „tępie”, więc pewnie same też są tępe! Może przeżyjesz!

Przez uszy dostają się do twojego mózgu. To naprawdę już koniec.

Mówiłeś tak wcześniej, a to było przed lekarzami, gwałtem, krostami i robakami. Ciężko Ci zaufać, marionetko w rękach niewidzialnego Boga.

Umierasz, robaki wgryzają się w jeden z najważniejszych organów u człowieka.

Yyyy... Mowa o mózgu, prawda...?

Krew wylewa się na twoją twarz, a robaków z minuty na minutę jest coraz więcej i więcej.
Odpływasz całkowicie. Co prawda nie wiesz jeszcze gdzie ale święcie wierzysz, że tam dokąd podąż twoja, duchowa opoka, będzie o wiele lepiej niż w śnie, który nieubłaganie zmierzał do nieskończoności.

Podobnie jak to opowiadanie. Ale to naprawdę koniec!

***

Cóż dodać, drogi czytelniku. Tylu błędów leksykalnych, ortograficznych i interpunkcyjnych na tak niewielkiej powierzchni nie sposób znaleźć nigdzie indziej. „Pułapka wyobraźni” to punkt wyjścia dla tego bloga. Każde następne opowiadanie będzie analizowane w zestawieniu z nim. Drogi czytelniku... Drogi autorze... Bądźcie świadomi.